środa, 19 listopada 2014

Krótko: O odejściu Messiego


Zauważyłem, że ostatnio bardzo dużo mówi się o domniemanym odejściu Leo Messiego z FC Barcelony. Przeglądając facebooka, czy różne strony o Dumie Katalonii, kilkakrotnie natknąłem się na ten temat. Chciałbym więc wyrazić swoją subiektywną opinię. 

Moim zdaniem, póki co nie jest to możliwe. Na tym jednak nie zamierzam zakończyć. Leo od sezonu 2008/2009 jest najlepszym piłkarzem jaki stąpa po tej planecie. Ma co prawda bardzo silnego rywala, który obecnie jest w lepszej formie niż Argentyńczyk, ale to nie o ich rywalizacji chciałem tutaj pisać. Kiedy wychowanek La Masii zdobywał kolejne trofea drużynowe, indywidualne, dziesiątki bramek w sezonie i notował mnóstwo asyst, wielu jego miłośników być może myślało, że tak już będzie zawsze. Niestety lata lecą i do zakończenia przygody Messiego coraz bliżej. Uważam jednak, że to jeszcze nie czas na takie szaleństwa. Jego słabsza dyspozycja w ostatnim roku może co prawda irytować momentami kibiców Blaugrany, którzy przecież wymagają od niego przysłowiowych gruszek na wierzbie, ale trudno im się dziwić. Facet, który ma na swoim koncie cztery Złote Piłki, miał decydujący wkład na zdobycie większości z dwudziestu jeden zdobytych trofeów drużynowych i na dodatek jest w najlepszym dla piłkarza wieku, powinien przecież pójść za ciosem. W przypadku Leo możemy zaobserwować niestety widoczną obniżkę formy. Nie czyni go to, co prawda słabym piłkarzem, ale tyle jak się okazuje wystarczy, żeby dziennikarze mieli o czym pisać. Jeżeli piłkarz rzeczywiście ma charakter i chęci, to właśnie w takim momencie powinien starać się udowodnić, że skreślanie go po jednym słabszym sezonie jest całkowitym absurdem. Nie wychodzi mu to co prawda tak jakby tego chciał, ale jeżeli chcemy znowu oglądać najlepsze wydanie Atomowej Pchły, musimy cierpliwie poczekać i mieć nadzieję, że Argentyńczyk nigdzie nie odejdzie. Gość, który spędził całą swoją karierę w jednej drużynie może mieć niemałe problemy z dostosowaniem się do gry innej. W końcu co klub, to obyczaj, a Leo zdaje się nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. Wydaje się ponadto, że jest to raczej piłkarz, któremu bardziej zależy na drużynie niż na rekordzie transferowym. Uspokajające jest również to, że cały czas trzyma się tego, o czym mówił wcześniej. Chciałby bowiem grać w Barcelonie do czasu, aż włodarze będą chcieli zakończyć z nim współprace. Nie sądzę, że zarząd Barcelony jest na tyle nieudolny, by pozbyć się takiego zawodnika. Co prawda po Panu Zubizarrecie można się spodziewać wiele, ale bez przesady. Chyba nawet gość, który pozwolił odejść Davidowi Villi za 5 milionów Euro nie wyobraża sobie Lionela Messiego w koszulce innej, niż Barcelony. 

Jeżeli lider Blaugrany weźmie sobie obecną sytuację mocno do serca, to mogą z tego wyniknąć same pozytywne rzeczy. Culés zależy przede wszystkim na tym, by w trudnych momentach brał na siebie ciężar spotkania i miał pomysł na odwrócenie jego losów. Na dzień dzisiejszy tworzy z Suarezem i Neymarem najlepszy atak na świecie, co nie ulega dużej wątpliwości. Przepaść pomiędzy teorią a praktyką jest jednak dość spora, a fotel lidera La Liga prysnął jak cudowny sen. Wiemy doskonale, że nic nie jest jeszcze rozstrzygnięte, a o ostatecznym wyniku może zadecydować nawet ostatnia kolejka, jak to było w zeszłym sezonie. 
Osobiście wciąż jestem dobrej myśli i mam nadzieję że już w najbliższą sobotę na stadionie Camp Nou w meczu z Sevillą Grzegorza Krychowiaka, znowu zobaczymy najlepszą wersję Leo Messiego, którego postać jest dla piłki nożnej co najmniej kultowa, a jego odejście zakończyłoby pewną piękną epokę w dziejach footballu.

poniedziałek, 10 listopada 2014

Past Perfect


"Możecie zabrać mi cały majątek, ale zostawcie mi ludzi, ja go odbuduję w ciągu 2 lat, ale jeśli zabierzecie mi ludzi a zostawicie majątek, ja nie zrobię nic". Pamiętam doskonale dni, w których powyższa myśl Billa Gatesa  była prawdą obowiązującą na co dzień w footballu. Były to czasy, w których wydanie na piłkarza sumy 70 milionów euro było nie do pomyślenia. Transfer Figo w roku dwutysięcznym opiewający na kwotę 56 milionów euro wywołał prawdziwy szok nie tylko ze względu barw, na jakie Portugalczyk zamienił Blaugranę. Świadomość, że ktoś może zapłacić tyle pieniędzy za to, żeby facet grał w piłkę była nie do przyjęcia. Były to jednak czasy, w których rządziła idea klubu jako rodziny. Dla prawdziwego piłkarza trener drużyny powinien być jak ojciec, a klub jak ukochana żona, od której odchodzi tylko piłkarz, który nie ma jej już nic do powiedzenia i zaoferowania. Nadszedł  w końcu ten smutny moment, w którym żyją ludzie potrafiący przeliczyć miłość  na pieniądze. Nie chce tu jednak stawiać zarzutów zawodnikom Manchesteru City czy Paris Saint Germain. Wielu z nich bowiem zdecydowało się na ten transfer by ratować swoje kariery i uniknąć ławki rezerwowych. Każda drużyna ma swoją historię i tradycję. Wszyscy kibice, piłkarze i działacze, których łączy jeden herb powinni być z nich dumni. Historia piłki sprawiła jednak, że przed poszczególnymi klubami odczuwa się różny respekt. Przecież żadną sztuką jest śmiać się z tego, że Manchester United przeżywa boiskowy kryzys. Uważam jednak, że istnieje więcej czynników każących okazywać Czerwonym Diabłom bezwzględny szacunek, na który pracowali sobie przez bardzo długi czas. Lista nazwisk piłkarzy z Hall of Fame Manchesteru United jest tak długa, że spokojnie można byłoby sporządzić z niej przynajmniej dwa Dream Teamy. Doskonale wiemy, że jest to klub potrafiący poradzić sobie z problemem większym niż odejście Sir Alexa Fergusona. Temu właśnie zawdzięcza swoje dotychczasowe osiągnięcia.

Każdy sukces ma swoich twórców. Pierwszym, który przychodzi mi na myśl jest Sir Matt Busby. Posadę trenera klubu z Manchesteru objął w 1945 roku. Menadżer charakteryzował się tym, że bardzo lubił stawiać na młodych zawodników. To właśnie pod jego skrzydłami rozwinęli się tacy gracze jak: Duncan Edwards, Billy Foulkes, Eddie Colman, czy choćby najlepszy strzelec w  historii United: Sir Bobby Charlton. Drużyna nazywana potocznie: ,,Busby Babes" była spektakularna, a ich grą zachwycała się cała Anglia. Drużyna Busby'ego z powodzeniem radziła sobie również w Pucharze Europy. 6 lutego 1958 roku młoda ekipa z Old Trafford grała wyjazdowe spotkanie w Belgradzie z Crveną Zvezda. Po meczu dawjącym im awans do kolejnej rundy, w drodze powrotnej w Monachium nastąpiło międzylądowanie mające na celu uzupełnienie paliwa w samolocie, którym podróżowali. Nic nie wskazywało na to, że znaczna część wspaniałej kadry Manchesteru rozegrała swój ostatni mecz w karierze.To właśnie tego dnia miała miejsce najstraszniejsza katastrofa w historii footballu. Po rozbiciu samolotu drużyny w wyniku nieudanego startu, życie straciło 23 z 43 pasażerów, w tym ośmiu kluczowych zawodników kadry wraz z jej liderem Duncanem Edwardsem. Żałoba po tym wydarzeniu ogarnęła cały footballowy świat, a wielkości tej straty nie można było wyrazić słowami wszystkich języków na Ziemi. Manchester United został spisany na straty. Mało kto wierzył, że kiedykolwiek uda się klubowi odzyskać dawną świetność.
 
Podczas gdy trener drużyny- Matt Busby dochodził do zdrowia, stery objął jego asystent- Jimmy Murphy, który odbudował zespół i doprowadził go do finału Pucharu Anglii, gdzie przegrał z Boltonem Wanderers. Z czasem w klubie zaczęli pojawiać się kolejni wielcy zawodnicy tacy jak Denis Law  czy uważany przez niektórych za najlepszego piłkarza w historii- George Best. Tu się na chwilkę zatrzymamy. Był to bowiem człowiek, który dysponował umiejętnościami lepszymi od Pelego czy Maradony i wcale nie piszę tego w stanie nietrzeźwości umysłowej. Bez podtekstów. Nikt nie wie przecież jak potoczyłaby się kariera Irlandczyka gdyby nie Jego problemy z alkoholem. Przez to właśnie w 1975 roku został odsunięty od gry w United, dla którego strzelił łącznie 179 bramek w 466 meczach. Po odejściu z United zakończyła się jego poważna kariera, której już nigdy nie udało mu się odratować. Mistrz Europy i najlepszy piłkarz Starego Kontynentu po przeprowadzce z Manchesteru już nigdy nie prezentował dawnej formy. Zawodników światowej klasy szkolonych przez Matta Busby'ego było bardzo wielu, ale liczy się tylko to, że stworzył on z tego klubu prawdziwą potęgę. To właśnie za Jego kadencji w 1968 roku United zdobył swój pierwszy w historii Puchar Europy po zwycięstwie z Benfiką Lizbona. Dokonał tego jako pierwszy klub pochodzący z Wysp Brytyjskich.

Po odejściu Sir Matta Busby'ego w 1969 roku, Manchester United rozegrał
kilka słabszych sezonów. Na ławce trenerskiej zasiadali wówczas Wilf McGuinness, Frank O'Farrell, Tommy Docherty, Dave Sexton i Ron Atkinson. Jedynym, którego warto tutaj wspomnieć jest ten ostatni. Dokonał on bowiem najdroższego zakupu w ówczesnej Anglii, kupując niejakiego Bryana Robsona z West Bromwich Albion. Grał w drużynie z Old Trafford przez 13 lat, z czego 12
z opaską kapitana na ramieniu. Pod tym względem do dziś jest absolutnym rekordzistą klubu.

O historii United z tego czasu można napisać nieco więcej. Ja jednak nie mogę się doczekać,  aby zacząć rozdział absolutnie przełomowy. Dzień, w którym Alex Ferguson został nowym menadżerem klubu sam w sobie nie był jakiś szczególnie niesamowity. Nikt wtedy przecież nie miał prawa wiedzieć, że Szkot jest jednym z najlepszych, jeśli nie najlepszym trenerem jaki stąpa po tej planecie. Trzeba przyznać, że facet dosłownie rozpieścił fanów klubu  na całym świecie. Musimy być jednak świadomi tego, że nic nikomu nie przyszło na Old Trafford łatwo. W trzech pierwszych sezonach szkoleniowiec zajmował kolejno jedenaste, drugie i jedenaste miejsce w lidze. Już wtedy zaczęto spekulacje o jego domniemanym zwolnieniu, które jak doskonale wiemy  na szczęście nigdy nie miało miejsca. Posadę trenera Czerwonych  Diabłów obronił dzięki zdobyciu Pucharu Anglii w 1990 roku. Dwa lata później w kadrze Czerwonych Diabłów widniały takie nazwiska jak: Dennis Irwin, Gary Pallister, Peter Schmeichel, Lee Sharpe czy Mark Hughes. Trzeba przyznać, że w tamtych czasach była to absolutnie paka jak trzeba. Latem 1992 roku klub pozyskał pewnego Francuza o pseudonimie ,,Bóg". Niektórzy mówili na Niego też Éric... Éric Cantona. Wszyscy wiemy, że ten facet był znakomitym zawodnikiem, ale czasem puszczały mu nerwy. Lepiej jednak powiedzieć wprost: Joey Barton to przy Nim prawdziwa Oaza Spokoju. Całe szczęście cios Kung Fu, jaki zadał kibicowi drużyny przeciwnej nie był jego największym osiągnięciem w karierze. Oprócz dziesięciu trofeów drużynowych jakie zdobył z Manchesterem United, Eric Cantona został wybrany między innymi najlepszym zawodnikiem w historii Premier League, najlepszym piłkarzem stulecia oraz sezonu 1993/94 według PFA. Jest zatem jednym z tych ludzi, którzy zawsze będą przynosić wielką dumę klubowi z Old Trafford. Największy zaszczyt przeszedł mu jednak koło nosa. Bo czy może piłkarzowi przydarzyć się coś lepszego, niż usłyszenie z ust samego Sir Alexa Fergusona słów: ,,Ty jesteś najlepszym piłkarzem, z jakim kiedykolwiek pracowałem"? Trzeba zapytać Roya Keane'a, bo to właśnie On został przez Szkota tak określony. Był to jeden z tych zawodników, który wśród swoich kolegów powodował niemal równomierny strach jak u rywali. Absolutny szef drużyny, na temat którego powiedziano już wszystko i jeszcze więcej. Można go oczywiście kochać lub nienawidzić, ale nikt mi nie powie, że Roy Keane  nie potrafił grać w piłkę. Czasami mam wrażenie, że to brak strachu i gorąca głowa dawały mu taką siłę. Był jak się okazuje piłkarzem, który nie bał się na boisku nikogo, włącznie z sędzią. Wśród 25 gości biorących udział w meczu bo trawie biegał Roy Keane  i 24 pozostałych, którzy za wszelką cenę nie chcieli mu zajść za skórę. Niewykluczone, że były kapitan Czerwonych Diabłów jest najbardziej charyzmatycznym piłkarzem, jaki grał na angielskich boiskach. Zdecydowanie najlepszym sezonem w karierze Fergusona był ten z lat 1998/1999. Manchester United jako pierwszy angielski klub wygrał ligę angielską, Puchar Anglii i Ligę Mistrzów w ciągu jednego roku. Zwycięstwo na arenie międzynarodowej przyniósł jeden z największych dreszczowców w historii piłki nożnej. Czerwone Diabły podejmowały wtedy Bayern Monachium w finale Champions League. Mecz zakończył się wynikiem 2-1. Nie ma w tym nic niecodziennego, gdyby nie fakt, że w 90' minucie na tablicy świetlnej widniał wynik 0-1 dla Bawarczyków. Piłkarze którzy weszli na boisko w 67' i 81' minucie czyli Teddy Sheringham i  Ole Gunnar Solskjær strzelili decydujące bramki odpowiednio w 91' i 93' minucie spotkania. Swoje najlepsze lata przeżywali na Old Trafford wtedy takie znakomitości jak Andy Cole i Dwight Yorke, którzy zapisali się w historii footballu jako jeden z najlepiej funkcjonujących duetów świata oraz David Beckham.Ten ostatni po odejściu z Manchesteru do Madrytu nie prezentował już tak znakomitej formy. W składzie na finał w Barcelonie znalazł się również Gary Neville, o którym  to Ferguson powiedział, że gdyby był chociaż o cal wyższy, byłby najlepszym obrońcą w Wielkiej Brytanii. Tu lista nazwisk wielkich Diabłów z tamtych lat jeszcze się nie kończy. Strzelec ostatniej bramki w finałowym meczu z Bayernem, który zawsze był znany jako ,,Joker" Fergusona czyli wyżej wymieniony Ole Gunnar Solskjær to piłkarz, który zawsze wchodził z ławki i często decydował o losach meczu.

Pierwsza dekada XXI wieku upłynęła Czerwonym Diabłom dość spokojnie.
O jakości klubu przez bardzo długi czas zgodnie z tradycją decydowali wielcy zawodnicy. Edvin van der Sar, Rio Ferdinand, Nemanja Vidić i  Patrice Evra bronili bardzo skutecznie dostępu do własnej bramki. Najbardziej utytułowany piłkarz w historii Premier League- Ryan Giggs, który pamiętał zwycięstwo na Camp Nou z drużyną z Bawarii z roku 1999 oraz przez wielu uważany za najlepszego  pomocnika świata- Paul Scholes dominowali w środku pola strzelając i asystując przy wielu bramkach. Napastnikiem numer jeden był kolejny wielki talent, Latający Holender czyli Ruud van Nisterlooy, a jego następcą znany wszystkim doskonale Wayne Rooney, który do dziś z opaską kapitana drużyny strzela gole dla United. Sami widzicie, że tych zawodników było więcej, niż ktokolwiek mógłby spamiętać.

Po wykonaniu zadania i zdominowaniu ligi angielskiej, Wielki Sir Alex Ferguson postanowił w 2013 roku przejść na zasłużoną emeryturę. Przez 26 lat wspaniałej kadencji wygrał z Manchesterem United 38 trofeów, z czego 13 za wygranie lokalnej ligi. Aż strach pomyśleć ile przeszło przez to paczek gum do żucia, wiedząc, że towarzyszyły one Szkotowi w każdym z tysiąca czterystu dziewięćdziesięciu ośmiu meczów na ławce trenerskiej  United. Istnieje więc wystarczająco dużo powodów, aby uznać go za najlepszego menadżera w historii piłki nożnej.

Śmiałkiem, który zdecydował się wejść w największe buty na świecie był niejaki David Moyes, który przez 11 lat pełnił rolę trenera Evertonu. Na Old Trafford spędził tylko jeden sezon podczas którego stracił 90% zyskanego w Mieście Beatelsów szacunku. Manchester United zakończył bowiem ligę na 7. miejscu. Było to absolutnie nie do przyjęcia i dla kibiców i dla zarządu klubu. Wszyscy przyzwyczaili się do sukcesów tak bardzo, że nie zwracano uwagi na to, że  jego poprzednik w swoim pierwszym sezonie skończył 4 lokaty niżej. Liczyło się tylko Mistrzostwo.

 
Po nieudanym sezonie i zwolnieniu Davida Moyesa postawiono na Holendra - Louisa van Gaala. Na Old Trafford przybyli wówczas piłkarze ze światowej elity tacy jak Angel Di Maria czy Radamel Falcao, oraz rozwijający się w tempie atomowym nastolatek- Luke Shaw. Serca kibiców cały czas wypełnione są nadzieją na powrót do światowej elity i wygrywania trofeów. Uważam, ze Manchester United wciąż ma przed sobą znakomite lata. Jest to przecież klub, który nawet tracąc połowę kadry w katastrofie lotniczej potrafił się podnieść i zawalczyć o siebie. To właśnie wspaniała historia wykreowała u Nich wielką ambicję i mentalność Mistrzów.

Na dzień dzisiejszy, drużyna z Old Trafford zajmuje 7. miejsce po 11 kolejkach.
Pocieszające jest jednak to, że możemy zaobserwować stopniowe postępy w grze. Cała sytuacja jest doskonałym przykładem na to, jak brak jednego człowieka może diametralnie zmienić obraz gry całego zespołu. Wierzę jednak głęboko, że klub nie będzie czekał długo na zdobycie 21. Mistrzostwa Anglii, a drużyna będzie grała jak za dawnych dobrych lat. Jednego możemy być na szczęście pewni- Manchester United zawsze gra o 3 punkty.

piątek, 7 listopada 2014

Pamiątka Highbury

Czasami współczuję tym, którzy nie traktują piłki nożnej tak emocjonalnie jak ja.
Samo powiedzenie: ,,Chłopaki nie płaczą" jest ok, ale do czasu aż w grę nie wchodzi
football. Jest to prawdziwy wyciskacz najbardziej męskich łez na świecie. Każdy kibic
lubi sobie popłakać ze szczęścia, mniej ze smutku, ale zdarzają się też historie,
które powodują wzruszenie na tyle silne, że nie sposób się powstrzymać.

Chyba każdy wielki piłkarz ma to do siebie, że jest kojarzony z jednym
klubem. Nie ważne jakim: silnym, słabszym, większym czy mniejszym.
I tak chociażby Seedorf jest kojarzony z AC Milanem, Paul Scholes z
Manchesterem United, Carles Puyol z Barceloną i tak dalej. Każdy z nich
wywołuje mój wielki respekt, uznanie i podziw. Istnieje jednak jeden zawodnik,
którego historia wyjątkowo trafiła w moje serce. Tym gościem jest Thierry Henry.

Swoją profesjonalną karierę Francuz zaczynał w AS Monaco. Zadebiutował w
jego barwach w 1994 roku jako siedemnastolatek. Świetna dyspozycja
sprawiła że został on powołany na Mistrzostwa Świata w 1998 roku, które odbywały
się w jego ojczyźnie. Fenomenalna Francja pokonała Brazylię w wielkim Finale 3-0 i
zdobyła złoty medal. Sam Henry zdobył na tych mistrzostwach 3 bramki.
Jego dobra forma doprowadziła do podpisania kontraktu z jednym z
największych europejskich klubów- Juventusem Turyn.
Zagrał tam tylko jeden przeciętny sezon a już po roku włoski klub sięgnął po jego
rodaka z byłej drużyny- Davida Trezeguet, który okazał się lepszym napastnikiem dla
Juve.Ale ''Lepszym napastnikiem dla Juve'' nie oznacza: "Lepszym napastnikiem ogólnie".
Jeszcze w roku 1999. 22-letni letni Henry przeniósł się do stolicy europejskiego
footballu- Anglii. Ci, którzy są w temacie wiedzą, że to posunięcie absolutnie
odmieniło karierę młodego wówczas Francuza. Od tego momentu był już bowiem zawodnikiem
Arsenalu Londyn, a jego nowym trenerem został Arsene Wenger. Z czystym sumieniem
stwierdzam, że sprowadzenie Titiego było najlepszym ruchem w całej wieloletniej
karierze Bossa Kanonierów.



Młody napastnik bardzo szybko został jednym z najlepszych
atakujących w Premier League. Jego rozwój nastąpił w tempie atomowym.
Pomogło mu zapewne również to, że trafił do Arsenalu naprawdę
spektakularnego, naszpikowanego wielkimi nazwiskami. Tacy piłkarze jak
Dennis Bergkamp, Robert Pirès, Patrick Vieira czy Fredrik Ljungberg
stanowili znakomity wzór prawdziwej drużyny i pokazali młodszemu koledze
o co w tym wszystkim chodzi. Nie tylko w klubie Thierry miał szczęście
do kompanów, z którymi grał do jednej bramki. W reprezentacji Francji dzielił
szatnię między innymi z takimi gwiazdami światowej piłki jak: wspomniani
wcześniej Trezeguet i Vieira, Zinedine Zidane, Laurent Blanc, Emmanuel Petit,
czy Lilian Thuram.

Thierry Henry spędził w Arsenalu osiem pięknych lat. Zdobył w Londynie 7 trofeów, w tym 2 razy Mistrzostwo Anglii, dwa Złote Buty dla najlepszego strzelca w Europie, dwa razy został nominowany do Złotej Piłki Fifa. W tym plebiscycie dwukrotnie zajął drugie miejsce. W sezonie 2003/2004 jego Arsenal
wygrał lokalną ligę nie doznając przy tym ani jednej porażki, co na wieki zapisało się w historii footballu.Ludzie zachwycali się grą drużyny z Highbury przez cały sezon, a Thierry Henry był bardzo ważną częścią
ówczesnej układanki Wengera. Po ośmiu latach i zdobyciu stu siedemdziesięciu czterech goli dla Arsenalu Londyn nadszedł czas by odejść.W roku 2007 Francuz został kupiony przez potęgę światowej piłki- FC Barcelonę i pomimo, że już w pierwszym sezonie udało mu się wygrać z nową drużyną Potrójną Koronę,
że strzelił dla niej 35 bramek, Thierry Henry zawsze będzie kojarzony przeze mnie tylko z klubem z Londynu.



Wielu wspaniałym piłkarzom zdarzyło się jednak na boisku poświęcić swoje dobre
imię dla dobra drużyny i zwycięstwa. Podczas meczu eliminacji do Mistrzostw Świata 2010
Francja musiała pokonać Irlandię aby awansować do finałów w RPA.
Po 33. minucie, kiedy Robbie Keane wyprowadził Irlandię na prowadzenie, sprawy mocno
się skomplikowały. Cud, a raczej Thierry Henry sprawił ( dokładniej jego występek),
że Francja jednak strzeliła bramkę i awansowała. Nie była to jednak bramka strzelona zgodnie z zasadami gry
w piłkę. Gdy footballówka miała uciec za linię końcową pod bramką Irlandczyków, Thierry Henry opanował grę,
przytrzymując ją ręką i dograł do Gallasa, który wpakował piłkę do siatki. Sprawa ta odbiła się wielkim echem,
a sam Henry został nazwany oszustem, szczypiornistą i cynikiem. Dla niego najważniejszy jednak był awans
na Mundial. Nie przejmował się głosem rozwścieczonego tłumu. Wierzę jednak, że większość osób wybaczy ówczesnemu
kapitanowi Francuzów chwilę słabości i zapamięta go z jak najlepszej strony.
Po Mundialu w RPA, Henry zakończył 13-letnią przygodę z francuską kadrą jako strzelec
największej liczby bramek. Zdobył ich aż 51. To jednak nie koniec ważnych decyzji francuskiego
napastnika. 14 lipca 2010. roku oficjalnie został zawodnikiem drużyny New York Red Bulls.


Miałem wrażenie, że to już koniec jego poważnej kariery. Okazało się jednak, że nie
do końca miałem rację. To co stało się 9 stycznia 2012 roku na Emirates Stadium,
może nie zapisało się na wieki w historii piłki nożnej, ale było to wydarzenie, które
zapamiętam do końca życia. Pamiętam, że Arsenal miał wtedy poważne problemy kadrowe.
Chodziło o to, że nie za bardzo było komu grać na pozycji napastnika. To co zrobił Arsene Wenger
bardzo mnie zaskoczyło. Trener Kanonierów postanowił wypożyczyć swojego byłego podopiecznego z Nowego
Jorku do Londynu na krótki okres czasu. Z niecierpliwością czekałem by znów zobaczyć Titiego
w koszulce z Armatką na piersi. 9 stycznia 2012 roku odbył się mecz w ramach F.A Cup pomiędzy
Arsenalem Londyn, a Leeds United. Francuz pojawił się na boisku w drugiej połowie. O ile pamiętam zastąpił
wtedy Theo Walcotta przy stanie 0-0. Przyszedł taki czas, w tej krótkiej opowieści, że brakuje mi słów aby
opisać co poczułem, kiedy Thierry Henry zdobył w 78' minucie bramkę na wagę zwycięstwa. Oglądając
ten mecz w domowym zaciszu nagle poczułem się jakbym był wtedy na Emirates. Kiedy zobaczyłem jego
radość, przypomniały mi się wszystkie piękne chwile, kiedy to grał dla Arsenalu przed przeprowadzką do Barcelony.
Nie sposób było wtedy powstrzymać łez... były to jednak łzy, których żaden mężczyzna nigdy by się nie
powstydził.

Thierry  Henry zapisał się na wieki w sercach fanów nie tylko Arsenalu, ale całego footballu.
Jego spektakularne bramki niejednokrotnie zapewniały zwycięstwo drużynom dla których grał.
Dziś przed stadionem Arsenalu stoi jego pomnik, co jest jego największym indywidualnym wyróżnieniem.
Z perspektywy czasu dostrzegam, że był to piłkarz ponadprzeciętny, a za jego grą będę tęsknił już
do końca moich dni. Zostanie przeze mnie zapamiętany jako wielki wojownik, który nigdy nie złoży
ł broni. Ktoś na kim warto się wzorować.

czwartek, 6 listopada 2014

Bariera Gonzalesa

Żyjemy w czasach tak wielkich piłkarzy i tak wielkich zespołów, że nowe rekordy są pobijane w stosunku kilku na sezon. Nie wiem ile jeszcze poczekamy na pobicie rekordu Telmo Zarry przez Leo Messiego, ale rekord Raula Gonzalesa w ilości strzelonych goli w Lidze Mistrzów dogonił bardzo szybko. Potrzebował na to 52 mecze mniej niż Legenda Realu, co wcale nie umniejsza Hiszpanowi, bo jak wiemy to nie on wykonywał rzuty karne w swoich klubach. Gdyby tak było, tych goli uzbierałby pewnie co najmniej kilkanaście sztuk więcej. Nieważne. Rekord strzelonych goli w Champions League przez jednego zawodnika wciąż wynosi 71. Został on co prawda WYRÓWNANY, ale pozostaje kluczowe pytanie: Kto go pobije? I tu do głosu dochodzi dwóch zawodników, a cała sprawa powinna wyjaśnić się już w następnej kolejce rundy grupowej. W korzystniejszej sytuacji znajduje się jednak jeden z dwóch aktualnych rekordzistów, czyli Leo Messi. Gra on bowiem dzień wcześniej, na własnym stadionie z kiepsko prezentującym się Apoelem Nikozja. Mało tego... Argentyńczykowi potrzeba już tylko jednego gola by zostać samodzielnym liderem tego rankingu. Drugi z zainteresowanych, czyli będący w formie atomowo-rakietowej Cristiano Ronaldo gra dzień później. Jego Real podejmuje lokalną drużynę Bazylei na ich boisku. Drużyna ta wykazała się ostatnio wielkim potencjałem ogrywając Ludogorets 4-0. Być może nie tyle ważne jest kto jako pierwszy pobije rekord wielkiego kapitana Realu z czasów Galacticos, ale kto go ustanowi. Za Messim przemawia to, że jest 2 lata młodszy od Ronaldo. Ten drugi zaś jest w o wiele lepszej formie i strzela jak na zawołanie. Nikt na dzień dzisiejszy nie jest w stanie powiedzieć, kto u schyłku swojej kariery będzie znajdował się na pierwszym miejscu w rankingu najlepszych strzelców Ligi Mistrzów. Ktokolwiek by to nie był, będziemy mogli tylko przyklasnąć i skwitować to krótkim: ,,Zasłużył Chłop".

środa, 5 listopada 2014

Rewolucja Bonapardew


                                                                                                                                                   
Jeżeli ktoś z jakiegoś powodu w ostatnich trzech tygodniach nie śledził wydarzeń z angielskich boisk, dziś może nie dowierzać własnym oczom. Kilka kolejek temu było oczywiste, że Alan Pardew notuje jeden z mniej efektownych startów w swojej błyskotliwej karierze. Pierwsza koalicja złożona z Manchesteru City, Stoke czy choćby z rewelacji tegorocznej ligi- Southampton, nie pozwoliła drużynie angielskiego szkoleniowca na zbliżenie się do czołówki angielskiej ekstraklasy. Można eufemistycznie powiedzieć, że ci ostatni rozjechali się wręcz po popularnych "Srokach", wygrywając efektownie 4-0. Miałem po tym meczu obraz drużyny Newcastle kulejącej, nie mogącej złapać oddechu. W pierwszych siedmiu meczach ligowych chłopaki z St James' Park zdobyli zaledwie 4 oczka i nikt nie oczekiwał już od nich w tym sezonie zbyt wiele. 18. października udało im się wydrzeć 3 punkty drużynie z Leicester, ale to co stało się tydzień później przerosło moje oczekiwania. Na White Hart Lane rozegrała się prawdziwa bitwa pod Austerlitz, w której to goście odnieśli wielki triumf nad drużyną Pochettino. Kolejne wydarzenia udowodniły, że nic nie jest dziełem przypadku. Zwycięstwo nad Manchesterem City 0-2 w Capital One Cup i pokonanie Liverpoolu 1-0 w meczu ligowym sprawiły, że Ci którzy po meczu z Southampton zwalniali Alana Pardew, dziś biją się w pierś i jedyne co mogą zrobić to zasalutować. Na dzień dzisiejszy ,,Czarno-biali" tracą tylko 4 punkty do strefy pucharowej, co wcale nie odbiera im nadziei na uczestnictwo w Lidze Europejskiej w następnym sezonie. Patrząc na ich obecną formę mogę zaryzykować stwierdzenie, że chłopaki naprawdę powalczą. Śledząc postępy ekipy Newcastle w ostatnich tygodniach, można zadać sobie jedno proste pytanie... Można? Otóż można... i jak się okazuje wcale nie trzeba zatrudniać całej armii Francuzów, żeby wygrywać ważne bitwy. Chciałoby się powiedzieć, że Alan Pardew znowu przekonał się, jak to jest wrócić z dalekiej podróży. Ja osobiście cieszę się tylko, że nie zajęło mu to większości sezonu i nikt nie będzie mówił o 100 dniach Bonapardew.