czwartek, 22 stycznia 2015

,,Popełniłem błąd"

Każdy sportowiec jest kowalem swego losu. Choć ma dookoła siebie wielu ludzi z agentem na czele, to ostateczna decyzja należy zawsze do niego. Nie wiem czy jest to wina chciwości, parcia na szkło czy zwykłego braku zdolności przewidywania faktów, ale wielu świetnych zawodników pokierowało swoją karierą bardzo nieumiejętnie. Nie chodzi o to, że złapali gorszą formę czy doznali kontuzji, tylko o to, że podejmowali złe decyzje i zachowywali się po prostu nieodpowiednio.
Nie wiem czy w przypadku Davida Beckhama ,,nieodpowiednie zachowanie" to trafne wyrażenie, czy zwykły eufemizm. Do dziś jednak bardziej jest znany jako celebryta i gwiazda komercyjna, niż świetny piłkarz, co ma sobie zapewne za złe bardziej, niż sam Sir Alex Ferguson. Gdyby podejmował rozsądniejsze decyzje i postawił na inne priorytety, dziś mógłby być kimś w stylu Ryana Giggsa, czy żeby było bardziej angielsko, Paula Scholesa. Uronione przez niego łzy po ostatnim gwizdku oznaczającym koniec jego zawodowej kariery wzbudzają podejrzenia, że mógł być tego nawet świadomy. Z jego spojrzenia pełnego rozpaczy można było wyczytać słowa: ,,Boże... przecież to nie tak miało być". I choć ze Starego Kontynentu wyniósł się w wieku 32 lat, to doskonale wie, jak wiele go tu jeszcze zdążyło ominąć. Początek końca miał nastąpić jednak już w roku 2003. Nie mówię tego z żadnej niechęci do Realu Madryt, ale opuszczając Old Trafford po prostu przekroczył Rubikon.
Legendy głoszą, że wielu piłkarzy zdecydowało się opuścić Manchester United, bądź unikać dołączenia do niego ze względu na strach, jaki wywoływał u nich Sir Alex Ferguson. Nie znam jednak dokładnego powodu jego odejścia i szczerze mówiąc nie jest to najbardziej istotne. Najpierw przestał się starać, a dopiero potem klub zdecydował się przedstawić jego odpowiednią cenę. Jego najbliżsi współpracownicy zawsze mówili, że David Beckham był piłkarzem, któremu marzył się Hollywood, błyski fleszy i okładki gazet. Być może nie podobało mu się to, że Manchester United promuje piłkarzy, nie modeli. Nie powodowałoby to u mnie żadnych emocji, gdyby nie fakt, że był to piłkarz wybitny, świetny zawodnik, któremu zabrakło odpowiedniej mentalności. Dziwne, prawda? Przecież wywodzenie się z "Pokolenia 92" dawało piłkarzowi United niesamowite perspektywy. Wystarczy spojrzeć na ilość tytułów zdobytych przez tych zawodników, którzy zdecydowali się pozostać w Manchesterze. Giggs, Gary Neville i Scholes to zawodnicy o znakomitej, czysto piłkarskiej mentalności. David Beckham też wydawał się nią dysponować. Zanim zdecydował się reklamować jakieś gacie i zanim wybudowano mu pomnik z czekolady. Daję głowę, że niejednokrotnie żałował  odejścia z Manchesteru i nie chodzi o to, że Real Madryt był dla niego złym miejscem. Zgubiły go parcie na szkło i komercyjność, ale dużą ulgę może mu dawać fakt, że Sir Alex nie miał mu tego nigdy za złe. Kilku zawodników przechodzących do drużyny Królewskich podąża za rozgłosem, który nie był potrzebny ani Beckhamowi, ani jego karierze. 
Wiele rzeczy w historii footballu nigdy nie powinno się wydarzyć. Przypadek Davida Beckhama nie jest najgorszą z tych rzeczy, ale na zawsze zapisze się w mojej pamięci. Zawsze jednak lepiej często zmieniać fryzury, niż kluby czy partnerki. Z tego co wyczytałem, jest to co ciekawe jedyny piłkarz, na którym słowa trenera nie robiły większego wrażenia i zawsze uważał, że rozegrał świetne zawody. Szkoda, bo jestem pewny, że porządna bura od trenera zawsze skutkowała czymś dobrym. Cechowała go zbytnia beztroska i pewność siebie. Ta pierwsza cecha przyczyniła się być może do częściowego zaprzepaszczenia znakomitej kariery, ta druga zaś do jej częściowego uratowania. Podsumowując ten krótki wpis, można powiedzieć po prostu: ,,Mądry Anglik po szkodzie, głupi po suszarce".

poniedziałek, 5 stycznia 2015

Jeden głupi kiks

Młody człowiek nie może mieć pojęcia co to znaczy stracić szacunek milionów ludzi, na który pracowało się długimi latami. Luis Enrique trafił do Barcelony bezpośrednio z Realu Madryt po wpływem jakiegoś konfliktu z madryckim klubem. Przez osiem lat reprezentował zespół z Camp Nou i pomimo trudnych początków wywalczył sobie szacunek i zaufanie, a później nawet opaskę kapitana. W roku 2004 kończył sportową karierę już jako jedna z legend klubu. W ostatnich latach aktywnie działał jako trener piłkarski. W pierwszych dwóch prowadzonych zespołach: FC Barcelonie B i AS Romie wypadł bardzo średnio, za to sezon w Celcie Vigo zapowiedział jego osobę, jako następcę Pepa Guardioli w pierwszej drużynie klubu ze stolicy Katalonii. Na dzień dzisiejszy jestem zdania, że szukanie jakiegokolwiek odpowiednika wśród legend Barcy z tamtego okresu jest strzałem w kolano. W Barcelonie potrzebny jest trener niebędący wcześniej specjalnie związany z barwami Blaugrana. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta. Wystarczy zobaczyć co się dzieje w szatni i poza nią. Nagonka na trenera po ostatnim meczu na Anoeta trwa w najlepsze. Przypomnijmy, że ten mecz został przez bordowo-granatowych przegrany wynikiem 1-0. Co więcej jest to czwarty mecz pod wodzą Enrique, w którym zespół nie zdobył gola. W porównaniu do trzech ostatnich trenerów jest to wynik bardzo kompromitujący i nie ma co szukać wielu usprawiedliwień. Barcelona Gerardo Martino nie tylko grała lepiej, ale także widać było, że wśród zawodników panuje przyjazna atmosfera sprzyjająca klubowi i wynikom. Nie chcę przedstawiać tu suchych faktów i statystyk, bo te można zobaczyć na wielu fanpage'ach. Mam zamiar zaprezentować swoje stanowisko i opinię ta temat sytuacji w Barcelonie. Do dziś myślałem, że zarząd nie ma czasu na przejmowanie się wynikami, ponieważ zabiera go troska o własne interesy. Kiedy przeczytałem, że Andoni Zubizarreta został zwolniony ze stanowiska dyrektora sportowego, pojawił się w moim umyśle cień nadziei na to, że jednak sprawy z boiska również dla tych wiecznie uśmiechniętych panów w garniturach istnieją. Dzisiejszego wieczoru cały internet dosłownie zawrzał. Pojawiły się różne głosy, że Luis Enrique ma na poprawę tej sytuacji 2 mecze. Szczerze mówiąc wątpię w powodzenie postawionego trenerowi zadania.Z tych samych źródeł dowiadujemy się, że jeden z kluczowych piłkarzy w wywiadzie miał powiedzieć, że Luis Enrique jest najgorszym trenerem jakiego kiedykolwiek miał i kto wie, czy nie powiedział tego sam Lionel Messi. Kończąc wspomnienie donosów, podobno cały zespół i prezydent Bartomeu nie wierzą już w obecnego trenera Barcelony.
Jeśli mam być szczery do bólu (a mam podstawy, bo pamiętam jak Dani Alves, Iniesta, Messi, Xavi czy Pique wygrywali ligę bez większego problemu), to Luis Enrique jest najgorszym trenerem, jakiego Barcelona miała za mojego życia. Niektórzy powiedzą, że nie są to już przecież Ci sami piłkarze i tak dalej, ale przypominam, że Pep Guaridola jedenastką stworzoną w stu procentach z wychowanków wygrywał mecze z trudnymi rywalami. Dziś Barcelona przegrywa mecze z rywalami nie dość, że mniej groźnymi, to jeszcze mając w składzie piłkarzy, którzy kosztowali po 70, 80 milionów euro (Bóg wie kto tam zna prawdę na ten temat). Kiedy Sir Alex Ferguson trenował Manchester United zadawałem sobie pytanie: Co by było, gdyby Johan Cruyff nie przestał być trenerem Barcy i podobnie jak Fergie, prowadził jeden zespół przez całą swoją trenerską karierę? Na to pytanie nie poznamy już odpowiedzi, ale to nie znaczy, że sytuacja Barcy jest bez wyjścia. Po wyborach prezydenckich, które mają mieć miejsce w tym roku i po powołaniu nowego zarządu, trzeba sprowadzić do klubu osobę z zewnątrz, która wprowadzi do zespołu nowy styl. Ileż można oglądać Barcelonę posiadającą piłkę przez 75% czasu gry, gdy nic z tego nie wynika? Czy to wina Luisa Enrique, że jest słabym trenerem? Kiedy Barca ponownie zdominuje ligę? Czy znajdzie się trener, który podobnie jak Frank Rijkaard i Pep Guardiola, wprowadzi pozytywne zmiany? Dopóki te pytania pozostają bez odpowiedzi, dopóty ciężko mi cokolwiek więcej napisać. Luisa Enrique jest mi mimo wszystko szkoda. Choć jest bliski absolutnego zaprzepaszczenia całego sezonu i winny rozłamowi w szatni, to wielki ból musi powodować u niego fakt, że zaczynają tracić do niego szacunek Ci, którzy jeszcze 15 lat temu poszliby za nim w ogień.

piątek, 2 stycznia 2015

Krótko: O najlepszym zawodniku pierwszej rundy - Eden Hazard


W przerwie między określaniem najlepszych i najgorszych transferów ostatniego okienka, chciałbym znaleźć miejsce na zidentyfikowanie najlepszego zawodnika zakończonej, pierwszej rundy sezonu. Pomimo znakomitej formy strzeleckiej Aguero, Austina, Diego Costy i Alexisa Sancheza, pomimo wielu asyst Fabregasa i doskonałej dyspozycji Davida De Gei, zwycięzca tego ,,plebiscytu" jest tylko jeden- Eden Hazard. 
Po boiskach Premier League biega wielu naprawdę znakomitych dryblerów, jednak żaden z nich nie może pochwalić się taką swobodą i kontrolą piłki jak właśnie Belg. Nie bez powodu nosi imię pupila w składzie Jose Mourinho. Jest po prostu najlepszym zawodnikiem ligi. "Brzemię" to przeszło na niego kolejno z Gareth'a Bale'a i Luisa Suareza, ale mamy nadzieję, że Eden Hazard będzie czarował w Anglii dużo dłużej niż wcześniej wymienieni panowie. Mimo, że daleko mu do Króla strzelców, ma wśród piłkarzy ekstraklasy najlepsze predyspozycje, by nagrodę dla najlepszego młodzieńca zamienić na nagrodę dla najlepszego piłkarza. Miejmy nadzieję, że kontuzje i spadek formy będą trzymać się od Hazarda z daleka i nieprzerwanie będziemy mogli oglądać jego spektakularne zagrania. Ma niepowtarzalną szansę, by w 2015 roku zdobyć ze swoją Chelsea Mistrzostwo Anglii. Pomimo pewności niektórych ekspertów, do zdobycia tytułu jeszcze daleka droga, a od dyspozycji Belga może naprawdę bardzo dużo zależeć. 
Eden Hazard jest jednym z tych zawodników, którzy świetnie grają w klubie, jednak w reprezentacji są czasem cieniem samego siebie. Nie oszukujmy się, Mundial w 2014 roku w Brazylii wyszedł liderowi reprezentacji Belgii dość miernie. Doszedł co prawda ze swoimi rodakami do 1/4 finału i miał tam szansę pokonać Argentyńczyków, ale to i tak nie były jego Mistrzostwa. Być może Euro 2016 we Francji będzie dla Edena bardziej szczęśliwe ze względu na to, że rozgrywane będzie na Starym Kontynencie. Nie ulega wątpliwości, że Czerwone Diabły będą postrzegane jako jedni z głównych faworytów do zwycięstwa w całym turnieju. 
Eden Hazard zachwycał w pierwszej rundzie między innymi umiejętnością krótkiego trzymania piłki, świetnym dryblingiem, otwieraniem pola lewemu obrońcy na skrzydle lub Diego Coscie w okolicach pola karnego, pewnym wykorzystywaniem rzutów karnych (oprócz jedenastki w Champions League z Mariborem) oraz znakomitym timingiem. Jego nietuzinkowość jest powodem tego, że oprócz miana najlepszego zawodnika ligi (w mojej subiektywnej ocenie), jest również najczęściej faulowanym zawodnikiem angielskiej ekstraklasy. W klasyfikacji kanadyjskiej zgromadził 15 punktów (8 bramek i 7 asyst). Najważniejsze jest jednak to, co poza statystykami daje drużynie i jaki ma wpływ na końcowy rezultat meczu. Jeżeli pod uwagę weźmiemy tylko rundę jesienną, to najlepszym zawodnikiem zostałby Eden Hazard, a nagrodę dla najlepszego młodego piłkarza zdobyłby Harry Kane z Tottenhamu, który ma papiery, by zostać napastnikiem o klasie równej co Alan Shearer, czy Wayne Rooney.
Niewykluczone, że przy zdobyciu w 2015 roku przez Chelsea Mistrzostwa Anglii i dobrego występu w Lidze Mistrzów, Eden Hazard będzie jednym z głównych kandydatów do wygrania Złotej Piłki. Wiem, że rok dopiero się zaczął, ale jeżeli ktoś siedzi w futbolu wiele lat, to potrafi przewidzieć pewne sprawy. Tak czy inaczej jestem pewny, że ,,Dziesiątka" The Blues, będzie dostarczała Jose Mourinho sporo uśmiechu i napawała dumą wszystkich Belgów i sympatyków Chelsea.

czwartek, 1 stycznia 2015

Pół roku w nowym świecie

Czym byłby dzisiejszy football bez wielkich transferów? Ciężko odpowiedzieć na to pytanie i wszyscy zdają sobie z tego sprawę. Czasy, w których miejscowi chłopcy przychodzili na trening i tworzyli drużynę, dawno minęły. Przed nami kolejne okienko transferowe i z wielkim apetytem czekamy na rozwój wydarzeń. Dziś pragnę przedstawić  swoją opinię na temat transferów z ostatniego letniego okienka. Chciałbym podzielić poszczególne zabiegi transferowe na udane i nieudane z perspektywy rundy jesiennej. Zacznijmy może od transferów najbardziej trafionych. Później się zobaczy.

 
1.Alexis Sanchez
Bez skrępowania mówię, że pierwszym, który przyszedł mi na myśl, jest właśnie Chilijczyk. Jak na pierwszy sezon w roli skrzydłowego Arsenalu rozgrywa zawody spektakularne, a gra Kanonierów opiera się właśnie na nim. Brendan Rodgers zapewne do dziś żałuje, ze Alexis nie dołączył do The Reds, którzy przecież wykładali na stół większą sumę niż Londyńczycy. Często kiedy zawodnik przechodzi z La Liga do Premier League, ludzie myślą, że nie poradzi sobie fizycznie. Jednak jak widać nie każdy jest Mesutem Ozilem. Alexis udowadnia ponadto, że rolą skrzydłowego jest nie tylko ślepe wyrzucenie piłki przed siebie i wrzutka w pole karne. Być może Jesus Navas powinien wyciągnąć jakieś wnioski z gry bardziej utalentowanego kolegi po fachu. Powiem więcej. Trenerzy powinni puszczać akcje Sancheza swoim zawodnikom i mówić coś w stylu: ,,Proszę mi się tego nauczyć na pamięć", bo to jak Chilijczyk wkomponował się w zespół Wengera budzi podziw i szacunek. Bardzo fajnie, że znalazł się w Arsenalu ktoś, o kim można powiedzieć ,,Lider drużyny", bo powiedzmy sobie szczerze: Ani Wilshere, ani Ramsey, ani tym bardziej wymieniony wcześniej Ozil nie zdołali udźwignąć tego ciężaru. Podsumowując opinię o tym transferze chciałbym dodać jedno: Najlepszy zaraz za Hazardem skrzydłowy ligi. Życzymy Kanonierom więcej takich znakomitych zawodników.


 2. Nemanja Matic, Cesc Fabregas, Diego Costa
Postanowiłem wrzucić trzy najlepsze transfery londyńskiej Chelsea do jednego worka, ponieważ ciężko wyróżnić tylko jeden z nich. Patrząc momentami na grę The Blues, można się zachwycić. W końcu jest to prawdziwy kolektyw i nawet bez Franka Lamparda potrafi grzać sukcesywnie tron lidera ekstraklasy. Ogromny wkład w zwycięstwa drużyny ze Stamford Bridge mają zawodnicy kupieni tego lata. Akcje bramkowe Diego Costy i Cesca Fabregasa, oraz porządek, jaki wprowadza w defensywie i konstruowaniu ataków Nemanja Matic, przysłużyły się zdobyciu znacznej liczby punktów przez zespół Mourinho.
Na dzień dzisiejszy środek pola jest chyba najlepszy w całej lidze i nie jest to spowodowane genialną formą Oscara, ale właśnie dyspozycją Matica i Fabregasa, czyli tych dwóch cofniętych pomocników Chelsea. Wiemy jednak doskonale, że Fabregas ma znacznie więcej zadań związanych z ofensywą. Podczas pierwszej rundy zgromadził 13 asyst. Dla porównania, Jackowi Wilshere'owi grającemu nieprzerwanie w Premier League, zgromadzenie dwunastu ostatnich podań zajęło ok. 7 lat. Diego Costa już w pierwszym sezonie będzie toczył zacięty bój o zostanie królem strzelców, podobnie jak wcześniej Luis Suarez. Nic dodać, nic ująć. Chelsea porobiła ostatnimi czasy doskonałe transfery, czego dowodem jest sama gra, ale już niedługo będą to tytuły, być może nawet tytuł Mistrza Anglii lub Europy.

3. Diafra Sakho.
W przypadku ruchów transferowych West Ham United, można było, podobnie jak z Chelsea, wziąć w klamrę wszystkie transfery dokonane ostatniego okna. Alex Song, Enner Valencia i Cheikhou Kouyate spisują się naprawdę świetnie w nowym klubie. Jednak to Senegalczyk Sakho wywarł na mnie największe wrażenie. W pierwszej rundzie rozgrywając 14 spotkań zdobył 8 bramek. Wyprzedza tym samym takie znakomitości jak: Robin van Persie, Wayne Rooney, Romelu Lukaku czy Eden Hazard. Wraz z młodszym z braci Valencia tworzy znakomity duet napastników, dzięki któremu właśnie drużyna Sama Allardyce'a jest określana jako rewelacja ligi. Nie można jednak osiąść na laurach, bo po fenomenalnej rundzie jesiennej, apetyty kibiców na Upton Park znacznie się zaostrzyły. Mam szczerą nadzieję, że chłopaki ze wschodu stolicy nie spuszczą z tonu i w okolicach kwietnia zacznie się morderczy bój o europejskie puchary, których rozgrywki mają wyraźną szansę stanąć w mydlanych bańkach, jakie oglądamy zawsze przed meczami popularnych Młotów.
4. Radamel Falcao
Jest to co prawda wypożyczenie z opcją wykupu za 46 milionów funtów, ale moim zdaniem, Falcao jest bezsprzecznie najlepszym pozyskanym piłkarzem tego lata przez Manchester United, który w końcu wchodzi na właściwe tory. Bramki i asysty popularnego El Tigre pozwoliły Czerwonym Diabłom na zgromadzenie kilku dodatkowych, niezwykle ważnych oczek. Mimo, że Kolumbijczyk nie jest jeszcze w swojej optymalnej formie, to i tak nieprzerwanie możemy obserwować jego niezwykłe umiejętności. Nie każdy piłkarz potrafiłby strzelić gola na Britannia Stadium, a właśnie w ostatnim meczu mu się to udało. Sprowadzenie kolumbijczyka na Old Trafford było trafną decyzją i na pewno nikt dzisiaj tego w czerwonej części Manchesteru nie żałuje. Jeżeli Radamel Falcao pozostanie w United na dłużej i odzyska optymalną formę, to może stać się kolejną legendą najpotężniejszego klubu w Anglii.

niedziela, 7 grudnia 2014

Sobotni ,,bohaterowie"

Przez ostatnich kilka dni zupełnie nie miałem ochoty i zapału do pisania czegokolwiek. W międzyczasie nie działo się bowiem w świecie naszego ukochanego sportu nic nadzwyczajnego. Pomijając wczorajszy dzień, w którym towarzyszyło nam wiele pozytywnych oraz negatywnych emocji. Chciałbym tutaj przybliżyć głównie wydarzenia z boisk angielskich i hiszpańskich. Nie będzie tego zbyt wiele, więc postaram się sprężyć.

Wspaniałe widowisko na St. James' Park tylko zaostrzyły apetyty kibiców na kolejne spotkania. Świetna postawa chłopaków Pardew przeciwko aktualnemu liderowi- Chelsea, spowodowała pierwszą porażkę The Blues w Premier League w tym sezonie. Wynik 0-0 utrzymywał się przez większość spotkania. Wszystko zmieniło się po wejściu na boisko jednego z sobotnich Bohaterów- Papissa Cissé, którego dwie bramki zapewniły gospodarzom 3 punkty. Jak powiedział Andrzej Twarowski, był to prawdziwy ,,Popis'' Cissé. Spotkanie miało jednak też swojego antybohatera. Doskonale zdaję sobie sprawę, że sukces uzależnia, ale zrzucanie winy po porażce na chłopców do podawania piłek i na defensywną taktykę rywala, który strzelił dwie bramki jest czymś niedorzecznym. Tym bardziej, jeśli przypomnimy choćby mecz Liverpool-Chelsea (0-2) z zeszłego sezonu, w którym do właśnie drużyna Pana, którego nikomu przedstawiać nie trzeba, prezentując solidny, defensywny football pokonała ekipę Brendana Rodgersa. Mimo, że Jose Mourinho jest świetnym trenerem, czasami wydaje się być jednak poniżej pewnego poziomu, szczególnie po porażkach. Nie inaczej było tym razem. 

Świadkami ciekawego wydarzenia byli również kibice na Loftus Road. Drużyna Queen's Park Rangers, która prezentuje ostatnio coraz lepszą piłkę, głównie za sprawą Leroya Fera i Charliego Austina znów nie zawiodła i pokonała również dobrze dysponowane ostatnio Burnley. Od minuty 72' do 76', wszystkie
 światła reflektorów były skierowana właśnie na Austina. Napastnik Rangersów w zaledwie 4 minuty zdołał zarobić pierwszą żółtą karkę, zdobyć gola oraz obejrzeć drugi kartonik i rezultacie wylecieć z boiska. Czysta groteska, mimo wszystko gratuluję i życzę podopiecznym Redknappa lepszych wyników. 


Szału nie mogło zabraknąć również na Britannia Stadium. Wizyta Alexisa i spółki była prawdziwym wyzwaniem dla The Potters. Pierwsza połowa to chyba najlepszy występ Stoke City od lat. Do przerwy chłopcy Hughesa prowadzili z Kanonierami aż 3-0! Osobiście byłem w szoku. Mecz zakończył się rezultatem 3-2, a czerwoną kartkę obejrzał Calum Chambers, co dodatkowo obciążyło jeszcze Arsenal. Na konferencji prasowej, Arsene Wenger obrał nieco inną strategię niż jego kolega po fachu. Porażkę przyjął na klatę i przyznał się do błędów drużyny. Żalił się co prawda na problemy kadrowe, ale rzeczywiście sytuacja ta nie wygląda w The Gunners najlepiej. 

Na zakończenie części angielskiej, fatalne wieści Etihad Stadium. Drużyna Manchesteru City wygrała z Evertonem 1-0, ale poważnej kontuzji doznał najlepszy obecnie zawodnik ligi- Sergio Aguero. Pozostaje mieć tylko nadzieję na szybką rekonwalescencję i utrzymanie optymalnej formy Argentyńczyka. 

Skoro mowa o najlepszych zawodnikach ligi, przenieśmy się do Hiszpanii, gdzie rozgrywane były mecze lokalnej La Liga. Wydarzenia z Santiago Bernabeu udowodniły nam, że cwaniactwo, kanciarstwo i niekompetencja wciąż bywają tam decydujące. Kiedy dostałem wiadomość, że karny dla Realu został podyktowany niesłusznie, pomyślałem: ,,Chyba nie może być, aż tak źle". Kiedy jednak zobaczyłem to na własne oczy, okazało się, że było jeszcze gorzej. Kibice koszykówki mogą się cieszyć z tego, że nie dożyli czasów, w których Allen Iverson powoduje upadek Shaquille'a O'Neila. Można się śmiać, ale to się naprawdę dzieje. Cristiano Ronaldo w momencie, gdy drużynie zwyczajnie nie szło postanowił wykorzystać obecność absolutnie niekompetentnego arbitra- Undiano Mallenco i runął jak długi w polu karnym po kontakcie(?) z Jonnym, czego powodem był rzut karny. Nie mówię, że wypaczyło to wynik spotkania, bo tego się już niestety nie dowiemy, ale jeżeli taką postawą zdobywa się dziś najbardziej prestiżowe nagrody indywidualne to ktoś powinien się tu chyba zacząć tłumaczyć. Jeżeli Luis Suarez nie został do nagrody Złotej Piłki nominowany przez brak postawy fair play, to czy nie mamy tu do czynienia z czymś podobnym? Nie mnie to oceniać.

środa, 19 listopada 2014

Krótko: O odejściu Messiego


Zauważyłem, że ostatnio bardzo dużo mówi się o domniemanym odejściu Leo Messiego z FC Barcelony. Przeglądając facebooka, czy różne strony o Dumie Katalonii, kilkakrotnie natknąłem się na ten temat. Chciałbym więc wyrazić swoją subiektywną opinię. 

Moim zdaniem, póki co nie jest to możliwe. Na tym jednak nie zamierzam zakończyć. Leo od sezonu 2008/2009 jest najlepszym piłkarzem jaki stąpa po tej planecie. Ma co prawda bardzo silnego rywala, który obecnie jest w lepszej formie niż Argentyńczyk, ale to nie o ich rywalizacji chciałem tutaj pisać. Kiedy wychowanek La Masii zdobywał kolejne trofea drużynowe, indywidualne, dziesiątki bramek w sezonie i notował mnóstwo asyst, wielu jego miłośników być może myślało, że tak już będzie zawsze. Niestety lata lecą i do zakończenia przygody Messiego coraz bliżej. Uważam jednak, że to jeszcze nie czas na takie szaleństwa. Jego słabsza dyspozycja w ostatnim roku może co prawda irytować momentami kibiców Blaugrany, którzy przecież wymagają od niego przysłowiowych gruszek na wierzbie, ale trudno im się dziwić. Facet, który ma na swoim koncie cztery Złote Piłki, miał decydujący wkład na zdobycie większości z dwudziestu jeden zdobytych trofeów drużynowych i na dodatek jest w najlepszym dla piłkarza wieku, powinien przecież pójść za ciosem. W przypadku Leo możemy zaobserwować niestety widoczną obniżkę formy. Nie czyni go to, co prawda słabym piłkarzem, ale tyle jak się okazuje wystarczy, żeby dziennikarze mieli o czym pisać. Jeżeli piłkarz rzeczywiście ma charakter i chęci, to właśnie w takim momencie powinien starać się udowodnić, że skreślanie go po jednym słabszym sezonie jest całkowitym absurdem. Nie wychodzi mu to co prawda tak jakby tego chciał, ale jeżeli chcemy znowu oglądać najlepsze wydanie Atomowej Pchły, musimy cierpliwie poczekać i mieć nadzieję, że Argentyńczyk nigdzie nie odejdzie. Gość, który spędził całą swoją karierę w jednej drużynie może mieć niemałe problemy z dostosowaniem się do gry innej. W końcu co klub, to obyczaj, a Leo zdaje się nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. Wydaje się ponadto, że jest to raczej piłkarz, któremu bardziej zależy na drużynie niż na rekordzie transferowym. Uspokajające jest również to, że cały czas trzyma się tego, o czym mówił wcześniej. Chciałby bowiem grać w Barcelonie do czasu, aż włodarze będą chcieli zakończyć z nim współprace. Nie sądzę, że zarząd Barcelony jest na tyle nieudolny, by pozbyć się takiego zawodnika. Co prawda po Panu Zubizarrecie można się spodziewać wiele, ale bez przesady. Chyba nawet gość, który pozwolił odejść Davidowi Villi za 5 milionów Euro nie wyobraża sobie Lionela Messiego w koszulce innej, niż Barcelony. 

Jeżeli lider Blaugrany weźmie sobie obecną sytuację mocno do serca, to mogą z tego wyniknąć same pozytywne rzeczy. Culés zależy przede wszystkim na tym, by w trudnych momentach brał na siebie ciężar spotkania i miał pomysł na odwrócenie jego losów. Na dzień dzisiejszy tworzy z Suarezem i Neymarem najlepszy atak na świecie, co nie ulega dużej wątpliwości. Przepaść pomiędzy teorią a praktyką jest jednak dość spora, a fotel lidera La Liga prysnął jak cudowny sen. Wiemy doskonale, że nic nie jest jeszcze rozstrzygnięte, a o ostatecznym wyniku może zadecydować nawet ostatnia kolejka, jak to było w zeszłym sezonie. 
Osobiście wciąż jestem dobrej myśli i mam nadzieję że już w najbliższą sobotę na stadionie Camp Nou w meczu z Sevillą Grzegorza Krychowiaka, znowu zobaczymy najlepszą wersję Leo Messiego, którego postać jest dla piłki nożnej co najmniej kultowa, a jego odejście zakończyłoby pewną piękną epokę w dziejach footballu.

poniedziałek, 10 listopada 2014

Past Perfect


"Możecie zabrać mi cały majątek, ale zostawcie mi ludzi, ja go odbuduję w ciągu 2 lat, ale jeśli zabierzecie mi ludzi a zostawicie majątek, ja nie zrobię nic". Pamiętam doskonale dni, w których powyższa myśl Billa Gatesa  była prawdą obowiązującą na co dzień w footballu. Były to czasy, w których wydanie na piłkarza sumy 70 milionów euro było nie do pomyślenia. Transfer Figo w roku dwutysięcznym opiewający na kwotę 56 milionów euro wywołał prawdziwy szok nie tylko ze względu barw, na jakie Portugalczyk zamienił Blaugranę. Świadomość, że ktoś może zapłacić tyle pieniędzy za to, żeby facet grał w piłkę była nie do przyjęcia. Były to jednak czasy, w których rządziła idea klubu jako rodziny. Dla prawdziwego piłkarza trener drużyny powinien być jak ojciec, a klub jak ukochana żona, od której odchodzi tylko piłkarz, który nie ma jej już nic do powiedzenia i zaoferowania. Nadszedł  w końcu ten smutny moment, w którym żyją ludzie potrafiący przeliczyć miłość  na pieniądze. Nie chce tu jednak stawiać zarzutów zawodnikom Manchesteru City czy Paris Saint Germain. Wielu z nich bowiem zdecydowało się na ten transfer by ratować swoje kariery i uniknąć ławki rezerwowych. Każda drużyna ma swoją historię i tradycję. Wszyscy kibice, piłkarze i działacze, których łączy jeden herb powinni być z nich dumni. Historia piłki sprawiła jednak, że przed poszczególnymi klubami odczuwa się różny respekt. Przecież żadną sztuką jest śmiać się z tego, że Manchester United przeżywa boiskowy kryzys. Uważam jednak, że istnieje więcej czynników każących okazywać Czerwonym Diabłom bezwzględny szacunek, na który pracowali sobie przez bardzo długi czas. Lista nazwisk piłkarzy z Hall of Fame Manchesteru United jest tak długa, że spokojnie można byłoby sporządzić z niej przynajmniej dwa Dream Teamy. Doskonale wiemy, że jest to klub potrafiący poradzić sobie z problemem większym niż odejście Sir Alexa Fergusona. Temu właśnie zawdzięcza swoje dotychczasowe osiągnięcia.

Każdy sukces ma swoich twórców. Pierwszym, który przychodzi mi na myśl jest Sir Matt Busby. Posadę trenera klubu z Manchesteru objął w 1945 roku. Menadżer charakteryzował się tym, że bardzo lubił stawiać na młodych zawodników. To właśnie pod jego skrzydłami rozwinęli się tacy gracze jak: Duncan Edwards, Billy Foulkes, Eddie Colman, czy choćby najlepszy strzelec w  historii United: Sir Bobby Charlton. Drużyna nazywana potocznie: ,,Busby Babes" była spektakularna, a ich grą zachwycała się cała Anglia. Drużyna Busby'ego z powodzeniem radziła sobie również w Pucharze Europy. 6 lutego 1958 roku młoda ekipa z Old Trafford grała wyjazdowe spotkanie w Belgradzie z Crveną Zvezda. Po meczu dawjącym im awans do kolejnej rundy, w drodze powrotnej w Monachium nastąpiło międzylądowanie mające na celu uzupełnienie paliwa w samolocie, którym podróżowali. Nic nie wskazywało na to, że znaczna część wspaniałej kadry Manchesteru rozegrała swój ostatni mecz w karierze.To właśnie tego dnia miała miejsce najstraszniejsza katastrofa w historii footballu. Po rozbiciu samolotu drużyny w wyniku nieudanego startu, życie straciło 23 z 43 pasażerów, w tym ośmiu kluczowych zawodników kadry wraz z jej liderem Duncanem Edwardsem. Żałoba po tym wydarzeniu ogarnęła cały footballowy świat, a wielkości tej straty nie można było wyrazić słowami wszystkich języków na Ziemi. Manchester United został spisany na straty. Mało kto wierzył, że kiedykolwiek uda się klubowi odzyskać dawną świetność.
 
Podczas gdy trener drużyny- Matt Busby dochodził do zdrowia, stery objął jego asystent- Jimmy Murphy, który odbudował zespół i doprowadził go do finału Pucharu Anglii, gdzie przegrał z Boltonem Wanderers. Z czasem w klubie zaczęli pojawiać się kolejni wielcy zawodnicy tacy jak Denis Law  czy uważany przez niektórych za najlepszego piłkarza w historii- George Best. Tu się na chwilkę zatrzymamy. Był to bowiem człowiek, który dysponował umiejętnościami lepszymi od Pelego czy Maradony i wcale nie piszę tego w stanie nietrzeźwości umysłowej. Bez podtekstów. Nikt nie wie przecież jak potoczyłaby się kariera Irlandczyka gdyby nie Jego problemy z alkoholem. Przez to właśnie w 1975 roku został odsunięty od gry w United, dla którego strzelił łącznie 179 bramek w 466 meczach. Po odejściu z United zakończyła się jego poważna kariera, której już nigdy nie udało mu się odratować. Mistrz Europy i najlepszy piłkarz Starego Kontynentu po przeprowadzce z Manchesteru już nigdy nie prezentował dawnej formy. Zawodników światowej klasy szkolonych przez Matta Busby'ego było bardzo wielu, ale liczy się tylko to, że stworzył on z tego klubu prawdziwą potęgę. To właśnie za Jego kadencji w 1968 roku United zdobył swój pierwszy w historii Puchar Europy po zwycięstwie z Benfiką Lizbona. Dokonał tego jako pierwszy klub pochodzący z Wysp Brytyjskich.

Po odejściu Sir Matta Busby'ego w 1969 roku, Manchester United rozegrał
kilka słabszych sezonów. Na ławce trenerskiej zasiadali wówczas Wilf McGuinness, Frank O'Farrell, Tommy Docherty, Dave Sexton i Ron Atkinson. Jedynym, którego warto tutaj wspomnieć jest ten ostatni. Dokonał on bowiem najdroższego zakupu w ówczesnej Anglii, kupując niejakiego Bryana Robsona z West Bromwich Albion. Grał w drużynie z Old Trafford przez 13 lat, z czego 12
z opaską kapitana na ramieniu. Pod tym względem do dziś jest absolutnym rekordzistą klubu.

O historii United z tego czasu można napisać nieco więcej. Ja jednak nie mogę się doczekać,  aby zacząć rozdział absolutnie przełomowy. Dzień, w którym Alex Ferguson został nowym menadżerem klubu sam w sobie nie był jakiś szczególnie niesamowity. Nikt wtedy przecież nie miał prawa wiedzieć, że Szkot jest jednym z najlepszych, jeśli nie najlepszym trenerem jaki stąpa po tej planecie. Trzeba przyznać, że facet dosłownie rozpieścił fanów klubu  na całym świecie. Musimy być jednak świadomi tego, że nic nikomu nie przyszło na Old Trafford łatwo. W trzech pierwszych sezonach szkoleniowiec zajmował kolejno jedenaste, drugie i jedenaste miejsce w lidze. Już wtedy zaczęto spekulacje o jego domniemanym zwolnieniu, które jak doskonale wiemy  na szczęście nigdy nie miało miejsca. Posadę trenera Czerwonych  Diabłów obronił dzięki zdobyciu Pucharu Anglii w 1990 roku. Dwa lata później w kadrze Czerwonych Diabłów widniały takie nazwiska jak: Dennis Irwin, Gary Pallister, Peter Schmeichel, Lee Sharpe czy Mark Hughes. Trzeba przyznać, że w tamtych czasach była to absolutnie paka jak trzeba. Latem 1992 roku klub pozyskał pewnego Francuza o pseudonimie ,,Bóg". Niektórzy mówili na Niego też Éric... Éric Cantona. Wszyscy wiemy, że ten facet był znakomitym zawodnikiem, ale czasem puszczały mu nerwy. Lepiej jednak powiedzieć wprost: Joey Barton to przy Nim prawdziwa Oaza Spokoju. Całe szczęście cios Kung Fu, jaki zadał kibicowi drużyny przeciwnej nie był jego największym osiągnięciem w karierze. Oprócz dziesięciu trofeów drużynowych jakie zdobył z Manchesterem United, Eric Cantona został wybrany między innymi najlepszym zawodnikiem w historii Premier League, najlepszym piłkarzem stulecia oraz sezonu 1993/94 według PFA. Jest zatem jednym z tych ludzi, którzy zawsze będą przynosić wielką dumę klubowi z Old Trafford. Największy zaszczyt przeszedł mu jednak koło nosa. Bo czy może piłkarzowi przydarzyć się coś lepszego, niż usłyszenie z ust samego Sir Alexa Fergusona słów: ,,Ty jesteś najlepszym piłkarzem, z jakim kiedykolwiek pracowałem"? Trzeba zapytać Roya Keane'a, bo to właśnie On został przez Szkota tak określony. Był to jeden z tych zawodników, który wśród swoich kolegów powodował niemal równomierny strach jak u rywali. Absolutny szef drużyny, na temat którego powiedziano już wszystko i jeszcze więcej. Można go oczywiście kochać lub nienawidzić, ale nikt mi nie powie, że Roy Keane  nie potrafił grać w piłkę. Czasami mam wrażenie, że to brak strachu i gorąca głowa dawały mu taką siłę. Był jak się okazuje piłkarzem, który nie bał się na boisku nikogo, włącznie z sędzią. Wśród 25 gości biorących udział w meczu bo trawie biegał Roy Keane  i 24 pozostałych, którzy za wszelką cenę nie chcieli mu zajść za skórę. Niewykluczone, że były kapitan Czerwonych Diabłów jest najbardziej charyzmatycznym piłkarzem, jaki grał na angielskich boiskach. Zdecydowanie najlepszym sezonem w karierze Fergusona był ten z lat 1998/1999. Manchester United jako pierwszy angielski klub wygrał ligę angielską, Puchar Anglii i Ligę Mistrzów w ciągu jednego roku. Zwycięstwo na arenie międzynarodowej przyniósł jeden z największych dreszczowców w historii piłki nożnej. Czerwone Diabły podejmowały wtedy Bayern Monachium w finale Champions League. Mecz zakończył się wynikiem 2-1. Nie ma w tym nic niecodziennego, gdyby nie fakt, że w 90' minucie na tablicy świetlnej widniał wynik 0-1 dla Bawarczyków. Piłkarze którzy weszli na boisko w 67' i 81' minucie czyli Teddy Sheringham i  Ole Gunnar Solskjær strzelili decydujące bramki odpowiednio w 91' i 93' minucie spotkania. Swoje najlepsze lata przeżywali na Old Trafford wtedy takie znakomitości jak Andy Cole i Dwight Yorke, którzy zapisali się w historii footballu jako jeden z najlepiej funkcjonujących duetów świata oraz David Beckham.Ten ostatni po odejściu z Manchesteru do Madrytu nie prezentował już tak znakomitej formy. W składzie na finał w Barcelonie znalazł się również Gary Neville, o którym  to Ferguson powiedział, że gdyby był chociaż o cal wyższy, byłby najlepszym obrońcą w Wielkiej Brytanii. Tu lista nazwisk wielkich Diabłów z tamtych lat jeszcze się nie kończy. Strzelec ostatniej bramki w finałowym meczu z Bayernem, który zawsze był znany jako ,,Joker" Fergusona czyli wyżej wymieniony Ole Gunnar Solskjær to piłkarz, który zawsze wchodził z ławki i często decydował o losach meczu.

Pierwsza dekada XXI wieku upłynęła Czerwonym Diabłom dość spokojnie.
O jakości klubu przez bardzo długi czas zgodnie z tradycją decydowali wielcy zawodnicy. Edvin van der Sar, Rio Ferdinand, Nemanja Vidić i  Patrice Evra bronili bardzo skutecznie dostępu do własnej bramki. Najbardziej utytułowany piłkarz w historii Premier League- Ryan Giggs, który pamiętał zwycięstwo na Camp Nou z drużyną z Bawarii z roku 1999 oraz przez wielu uważany za najlepszego  pomocnika świata- Paul Scholes dominowali w środku pola strzelając i asystując przy wielu bramkach. Napastnikiem numer jeden był kolejny wielki talent, Latający Holender czyli Ruud van Nisterlooy, a jego następcą znany wszystkim doskonale Wayne Rooney, który do dziś z opaską kapitana drużyny strzela gole dla United. Sami widzicie, że tych zawodników było więcej, niż ktokolwiek mógłby spamiętać.

Po wykonaniu zadania i zdominowaniu ligi angielskiej, Wielki Sir Alex Ferguson postanowił w 2013 roku przejść na zasłużoną emeryturę. Przez 26 lat wspaniałej kadencji wygrał z Manchesterem United 38 trofeów, z czego 13 za wygranie lokalnej ligi. Aż strach pomyśleć ile przeszło przez to paczek gum do żucia, wiedząc, że towarzyszyły one Szkotowi w każdym z tysiąca czterystu dziewięćdziesięciu ośmiu meczów na ławce trenerskiej  United. Istnieje więc wystarczająco dużo powodów, aby uznać go za najlepszego menadżera w historii piłki nożnej.

Śmiałkiem, który zdecydował się wejść w największe buty na świecie był niejaki David Moyes, który przez 11 lat pełnił rolę trenera Evertonu. Na Old Trafford spędził tylko jeden sezon podczas którego stracił 90% zyskanego w Mieście Beatelsów szacunku. Manchester United zakończył bowiem ligę na 7. miejscu. Było to absolutnie nie do przyjęcia i dla kibiców i dla zarządu klubu. Wszyscy przyzwyczaili się do sukcesów tak bardzo, że nie zwracano uwagi na to, że  jego poprzednik w swoim pierwszym sezonie skończył 4 lokaty niżej. Liczyło się tylko Mistrzostwo.

 
Po nieudanym sezonie i zwolnieniu Davida Moyesa postawiono na Holendra - Louisa van Gaala. Na Old Trafford przybyli wówczas piłkarze ze światowej elity tacy jak Angel Di Maria czy Radamel Falcao, oraz rozwijający się w tempie atomowym nastolatek- Luke Shaw. Serca kibiców cały czas wypełnione są nadzieją na powrót do światowej elity i wygrywania trofeów. Uważam, ze Manchester United wciąż ma przed sobą znakomite lata. Jest to przecież klub, który nawet tracąc połowę kadry w katastrofie lotniczej potrafił się podnieść i zawalczyć o siebie. To właśnie wspaniała historia wykreowała u Nich wielką ambicję i mentalność Mistrzów.

Na dzień dzisiejszy, drużyna z Old Trafford zajmuje 7. miejsce po 11 kolejkach.
Pocieszające jest jednak to, że możemy zaobserwować stopniowe postępy w grze. Cała sytuacja jest doskonałym przykładem na to, jak brak jednego człowieka może diametralnie zmienić obraz gry całego zespołu. Wierzę jednak głęboko, że klub nie będzie czekał długo na zdobycie 21. Mistrzostwa Anglii, a drużyna będzie grała jak za dawnych dobrych lat. Jednego możemy być na szczęście pewni- Manchester United zawsze gra o 3 punkty.